Za Odrą

W te wakacje po raz kolejny odwiedziłam drugie miasto w Europie po Warszawie, w którym mogłabym mieszkać – Berlin. Z każdą wizytą okres, który myślę, że mogłabym spędzić w Berlinie, skraca się. Kiedyś myślałam o mieszkaniu tam na stałe, potem na kilka lat, obecnie – myślę że z pół roku. Dlaczego jest coraz krócej?

Bo Warszawa jest coraz bardziej jak Berlin, tylko w jeszcze lepszym wydaniu. Pięć-sześć lat temu, kiedy (według mnie) zaczął się fenomen Podwórka na 11 listopada i całej reszty lekko zdezelowanych knajp z klimatem, myślałam: O Boże, jaka atmosfera! Jak w Berlinie! Może się starzeję, ale teraz, kiedy jestem w Berlinie na Kreuzbergu lub w okolicach Warschauerstraße i widzę same takie knajpy, a na ulicach mnóstwo podchmielonych, alternatywnych ludzi, jest to już dla mnie za dużo. Potem jadę rowerem z Kreuzbergu na Tempelhof (dawne ponazistowskie lotnisko, będące przestrzenią miejską zagospodarowywaną przez mieszkańców), mijam parki i widzę, że są bardzo wyschnięte, jadę dalej ścieżką rowerową wzdłuż zaniedbanych i zarośniętych trawników, i wcale mi się to nie podoba. Wtedy myślę o Warszawie. O zadbanej, zielonej Warszawie. I jestem z niej dumna! Naprawdę. Tętni nocnym życiem, ciągle otwierają się w niej nowe, klimatyczne knajpki, miasto bardzo dba o zieleń, a ulice nocą są bezpieczne. Cieszę się, że jestem świadkiem tej metamorfozy Warszawy!